wtorek, 20 stycznia 2015

2.Wyprawa



Nazajutrz obudziło mnie wschodzące słońce. ,,Już czas” pomyślałam.
Wzięłam na jedną rękę dziecko, w drugiej zaś trzymałam skrzynię z sercem Willa. Obiecałam sobie, że zawsze będe ją mieć przy sobie, tak jak prosił mnie o to mąż.   Miałam wierną załogę, która mi służyła, więc nie było problemu ,aby ją zebrać.
-Dzień dobry pani Turner – przywitał mnie jeden z członków załogi.
-Witam – odparłam . – Wiecie gdzie mamy płynąć ?
-Aye! Dalej ruszać się wszyscy! Wypływamy z Tortugi! Płyniemy do Shipwreck Cove, więc wiatr w żagle!
Zeszłam do swojej kajuty. W mojej głowie pojawiała się ciągle jedna myśl : ,,Czy ten sen to był tylko sen ? Może Willowi śniło się to samo ? Może naprawdę byłam na Latającym Holendrze i wzięłam męża za rękę? ‘’.  Stanęłam przy oknie.
Zbliżał  się wieczór. Nie był on jednak ani słoneczny, ani
 bezchmurny jak poprzedni. W oddali pojawiły się pierwsze
 ciemne, kłębiaste chmury zwiastujące fatalną pogodę. Na 
pokładzie Krwawej Łzy, moim statku panował spokój. Pan
 Gibbs stał przy sterze, reszta załogi popijała rum grając w karty.
Jasnobłękitne niebo w parę minut stało się granatowe. Spadła
 pierwsza kropla deszczu. Zaczęło padać. Nagle rozległ się potężny
huk. Piorun uderzył niedaleko okrętu. Wszyscy zerwali się na
 równe nogi.
-Chyba sobie nie pogracie- rzekł Gibbs do piratów.
- No to jest pech ! Zawsze kiedy jestem bliski wygranej zaczyna się 
burza! – wrzasnął jeden z członków załogi Krwawej Łzy. -
 Później wszyscy uważają mnie za nieudacznika, 
fajtłapę, pechowca, który
 nawet w karty nie potrafi wygrać !
- Teraz lepiej nie marudź. Ponarzekasz potem. SA o wiele więksi
 pechowcy niż ty, którzy ciągle ładują się w tarapaty 
– odpowiedział mu Gibbs.
 Przysłuchiwałam się rozmowie opierając się o futrynę
 drzwi swojej kajuty.
- Czy masz na myśli Jacka?- zapytałam.
- Tak. Tylko on zawsze wpada w kłopoty po same uszy. 
Myślałem, że pani śpi.
- Na chwilę się zdrzemnęłam. A tak w ogóle proszę mówić 
mi po imieniu bądź zdrobniale Lizzie. Jakoś głupio brzmi to ‘pani’ –
powiedziałam  lekko się uśmiechając.
- Jak sobie życzysz Elizabeth. Ciekaw jestem co tam u 
naszego sprytnego Jacka. Ostatnio widziałem go jak
 odpływał łódką z Tortugi zaraz po tym jak Barbossa 
ukradł mu Czarną Perłę. Jack miał przy sobie 
jakiś pergamin czy coś w tym rodzaju zwinięty w rulon.
- Nie powiedział co to ?
- Nie. Domyślam się jedynie, że to ta diabelska mapa, 
która pomogła nam się wydostać zza światów. Pewnie 
wskazuje … – Gibbs urwał zdanie kiedy kolejna błyskawica
 uderzyła w taflę czarnego oceanu.
- Jazda! Zwijać żagle ! – krzyknął Gibbs. – Jeśli kiedykolwiek 
jeszcze chcecie zobaczyć ląd to do roboty !
- A ty od kiedy tu rozkazujesz Gibbs ? Hmm?- zapytał jeden z 
marynarzy.
- Od kiedy dałam mu pozwolenie-oznajmiłam stanowczo . – 
Teraz macie go słuchać. Jasne ?
- Tak pani kapitan...